Recenzowanie prac naukowych – otwarcie nowej debaty

Drukuj

Amerykański slogan znany wśród naukowców „publikuj albo giń!” na stałe zagościł także na polskich uczelniach wyższych. My, pracownicy naukowo-dydaktyczni, wtłoczeni zostaliśmy, wedle amerykańskiego, korporacyjnego wzoru, w machinę efektywności , która wyrażana jest za pomocą punktów. Najczęściej wypowiadanym słowem wśród kadry akademickiej jest parametryzacja (obok kolejnego magicznego słowa: sylabus). Co oznacza słowo „parametryzacja”? Zapewne istnieją definicje, które eksponują wzrost konkurencyjności pracowników nauki oraz ich Alma Mater, ale w praktyce codziennej oznacza to po prostu publikowanie artykułów naukowych, w celu zbierania punktów. Innymi słowy, nie ważne ile opublikujesz prac, lecz ważne jest ile punktów zdobędziesz. Jest jedno „ale”, bowiem równie dobrze można opublikować 10 artykułów i uzyskać 10 punktów lub opublikować 1 artykuł, by uzyskać tożsamy wynik. Wszystko zależy od „rangi” miejsca, w którym się publikuje. Tym samym tworzy się swoisty ranking najwyżej punktowanych (najbardziej opłacalnych) i najmniej punktowanych (nieopłacalnych) czasopism naukowych. Na marginesie dodam, iż opłacalność punktowania nie jest wyrażona w kategoriach finansowych. Autor nie otrzymuje pieniędzy za publikację, przeciwnie wiele zachodnich journali oczekuje wpłaty za możliwość opublikowania artykułu. W Polsce nie spotkałam się z takimi praktykami, przynajmniej w obszarze nauk humanistycznych. Można by zatem rzec, że w dobie efektywności, liczy się skuteczne zbieranie punktów. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie presja czasu. Przeprowadzenie badań, opracowanie ich, napisanie artykułu jest czasochłonne (do pewnego stopnia zależne od badacza). Czas oczekiwania na publikację jest już czynnikiem niezależnym. W praktyce często wygląda to następująco, pół roku pracujemy nad artykułem, a rok czekamy na jego ukazanie się. Pragnę jednak zauważyć, iż w polskich realiach procedura publikacji jest znacznie krótsza, na zachodzie, bowiem czas oczekiwania na opublikowanie pracy trwa nawet do 4 lat. Być może przyczyną tego zjawiska jest większa liczba zgłoszonych prac. Zachodnie, prestiżowe czasopisma przyciągają badaczy z całego świata. Istotną kwestią jest również niemożliwość opublikowania pracy w innym czasopiśmie, kiedy aplikujemy już do jednego. Możemy tak zrobić, jeśli wydawnictwo odrzuci na wstępie naszą pracę, a może tak uczynić, jeśli treść pracy nie odpowiada profilowi czasopisma lub jeśli nie spełnimy warunków wydawniczych. Jeśli wydawnictwo zaakceptuje naszą pracę, czekamy na recenzję. Zachodnie czasopisma naukowe od dawna stosują tzw. politykę blind peer review, która ostatnio również używana jest w polskich periodykach. Polega ona na tym, iż zarówno recenzenci, jak i recenzowani nie znają swojej tożsamości. Chociaż wydaje się, iż recenzentowi nie trudno ją odkryć, jeśli badania dotyczą wąskiej specjalności lub jeśli autor artykułu ma charakterystyczny, znany już styl pisania. Wydaje się, że w polskich realiach, szczególnie w obszarze nauk humanistycznych, blind peer review jest na etapie testowania, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych, przedstawiciele tych nauk buntują się przeciwko tej formie, odsłaniając jej słabość oraz rysując alternatywne scenariusze. Znany amerykański profesor anglistyki Aaron J. Barlow na początku tego roku podczas zgromadzenia Towarzystwa Języków Nowożytnych ogłosił śmierć blind peer review. Wyraził on protest przeciwko przyjętemu modelowi uznawania, która z prac ma być opublikowana, a którą należy odrzucić. Twierdzi on również, iż na skutek rozwoju technologii, naukowcy z obszaru nauk humanistycznych, powinni zacząć się buntować przeciwko dotychczasowym praktykom. Oskarża on politykę blind peer review za autorytatywny charakter, gdyż nie ma w nim miejsca na komunikację między autorem tekstu a recenzentem, a według niego taki system jest dalece niesprawiedliwy. Recenzent ma szerokie kompetencje w zakresie odrzucenia pracy, pisząc swoje uzasadnienie, natomiast autor nie może wejść z nim w polemikę, a przecież działalność naukowców powinna opierać się na wymianie poglądów, dyskusji oraz konfrontowaniu podejść i stanowisk. Barlow doszukuje się również w tym podejściu pewnych praktyk korupcyjnych oraz istnienia układu, który z góry decyduje, którego autora należy „odstrzelić”. Odwołuje się on do własnych doświadczeń jako recenzenta. Oto bowiem, prestiżowe czasopismo zaproponowało mu zrecenzowanie jednego artykułu, w którym przedstawione były podobne badania, jakimi on się zajmował. Problem polegał na tym, iż autor artykułu nie powoływał się w żadnym miejscu na Barlowa. Według profesora, prawdopodobnie redaktor naczelny czasopisma nie chciał, aby wspomniany artykuł się ukazał, więc wysłał go do Barlowa, twierdząc, iż ten poczuje się „urażony”, iż autor ani razu nie powołał się na niego. Barlow stwierdził, iż takie zachowanie ze strony redakcji na pewno było celowe, a także było niesprawiedliwe wobec autora pracy. Według profesora takie podejście przeniosło odpowiedzialność za odrzucenie pracy z redaktora naczelnego, na osobę, której autor nie znał. Ostatecznie Barlow nie zdecydował się na zrecenzowanie przywołanego artykułu.
Krytyczny głos Barlowa wobec obowiązującego systemu blind peer review nie może być odczytywany w kategoriach frustracji, bowiem jego dorobek naukowy jest bogaty. Chociaż i jego prace bywają odrzucane. Ostatnio tak też się stało, więc profesor umieścił artykuł na swoim blogu, gdzie spotkał się z wyrazem uznania ze strony jego czytelników. Twierdzi on, że w dobie nowoczesnych technologii publikowanie artykułów naukowych powinno być szybsze, a stosowane klasycznie praktyki, nie dość że opóźniają proces publikacji, to jeszcze kryteria oceniające pozostają niejasne. Zauważa on, iż peer review (nie blind) powinno opierać się na możliwości dyskutowania nad publikacją przez osoby związane z tematem, a zawarty w tej sprawie konsensus, powinien decydować o tym, czy praca uzyskuje asercję czy też nie. Barlow twierdzi, że „nie potrzebujemy ani korupcji ani wąskiego gardła. Problem z blind peer review polega na tym, iż stał się on standardem”. Według niego system ten wymaga koniecznej zmiany, a ta zmiana wkrótce nastąpi.
Pojawiają się bowiem liczne pomysły, aby prace naukowe były oceniane przez innych badaczy na drodze dyskusji i konsensusu. Testuje się już powstawanie platform naukowych, na których autorzy mogą dzielić się swoimi artykułami, a pozostali członkowie platformy mogą je komentować. Pomysł wydaje się wart rozważenia, bowiem we wspomnianej dobie efektywności coraz mniej czasu poświęcane jest debatom akademickimi i wymianie poglądów między naukowcami. Dawniej służyły temu konferencje. Współcześnie ich wymiar również ma charakter masowy, więc także podczas takich spotkań, mamy mało czasu na wymianę doświadczeń, poglądów czy też pogłębioną dyskusję. Z drugiej jednak strony, rodzi się pytanie, czy taki sposób oceny publikacji nie doprowadzi do zjawiska facebookizacji nauki, a mianowicie na klikaniu pod artykułem kolegi „lubię to!” i wprowadzeniu lakonicznego komentarza „dobre”, „gratuluję”, „masz literówkę w trzecim zdaniu”. Opieranie się na „mądrości tłumu” może przynieść pożądane efekty – możliwość szybszej publikacji czy rozwinięcia dyskusji akademickiej. Jednak z drugiej strony pojawia się pytanie, o możliwość zaufania do tłumu, nawet jeśli jest to mądry tłum ekspertów. Amerykańskie rozwiązanie w tej kwestii nie są do końca jasne. Obecnie testowana jest platforma pod nazwą PeerJ, której twórcy przewidują możliwość uzyskania członkostwa, dzięki uiszczeniu opłaty w wysokości od 100 do 300 dolarów. Opłata jest jednorazowa, dając „całożyciowe” członkostwo z możliwością prezentowania prac, jak i ich recenzowania. Z kolei platforma Rubriq gwarantuje uzyskanie recenzji po tygodniu, za którą trzeba zapłacić od 500 do 700 dolarów. Recenzent w tym przypadku otrzymałby 100 dolarów wynagrodzenia od pracy. Na razie trudno mówić o powodzeniu tego przedsięwzięcia, może ono być alternatywne dla tradycyjnych form publikacji naukowych. Przyszłość pokaże, jak te nowe formy będą się rozwijać. Na razie jednak naukowcom z Polski odradzam testowania tych platform, bowiem nie uzyskają oni punktów w ramach parametryzacji. A przynajmniej dopóki ta forma publikowania nie zostanie zaakceptowana przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Czytaj również