(Po)wakacyjny felieton, czyli rzecz o F(S)unny Beach i All Elusive

Drukuj

Wpadłam w pułapkę własnych marzeń i pragnień. Moi przyjaciele i znajomi od lat korzystali z opcji wakacji typu „all inclusive” i zawsze wracali z nich szczęśliwi – a przynajmniej większość z nich. Dotychczas nigdy nie miałam okazji skorzystać z takiej atrakcji, ale że akurat nastały w moim życiu czasy wyjątkowe, to i takowe powinny być wczasy. Poszliśmy z mężem do jednego z niemieckich biur podróży, w obawie, że polskie szybciej upadają. Niestety, z różnych przyczyn, zmuszeni byliśmy wybrać wakacje w tzw. high season. Jako, że w ostatnich latach Bułgaria stała się bardzo popularnym miejscem wizyt polskich turystów, postanowiliśmy do nich dołączyć. Najbardziej popularny kurort w tamtej części Europy, to znany już Słoneczny Brzeg, którego nazwa, jak przystało na międzynarodowy wymiar tego miejsca, nosi nazwę Sunny Beach. Oczywiście wszystko all inclusive (cokolwiek to dla nas znaczyło), hotel z basenem, 150 metrów od plaży. Już teraz wiemy, że nie nadajemy się na tą formę wakacji, ale to już jest nasz problem. Nasze wakacje rozpoczęły się naprawdę drobnym mankamentem, a mianowicie lot był opóźniony o sześć godzin. Całe szczęście, że mogliśmy wrócić do domu i oczekiwać na telefon od pracownika biura, o której mamy przybyć. Żal nam jedynie było tych turystów, którzy koczowali w nocy na poznańskim lotnisku, nie mając do końca pewności, czy odlecą. Odlecieliśmy.

Sunny Beach jest jednym z wielu kurortów, które możemy odnaleźć na całym świecie. Sztuczny twór, stworzony dla turystów i pod turystów, oferujący im całą gamę atrakcji – od możliwości strzelania z łuku do możliwości zakupienia souveniru made in China. Krajobraz Sunny Beach tworzą- i tu brakuje mi odpowiedniego słowa – liczne kramiki (zbyt pozytywne określenie) lub raczej stoiska rodem z poznańskiego Bema sprzed dwudziestu lat lub Stadionu Dziesięciolecia w Warszawie, także z tamtego okresu. Poza souvenirami bułgarskimi (nie tylko made in China), ręcznikami i asortymentem potrzebnym do przeżycia na plaży, można zakupić odzież, buty i kosmetyki najbardziej znanych światowych marek. Różnica jest jedna – cena tych produktów nie przekracza 100 złotych. A zatem są to albo podróbki, albo towar eksportowany inaczej. Wkrótce potem dowiadujemy się od Ivana, taksówkarza, z którym nawiązaliśmy znajomość, że to czym handlują nie zawsze jest podróbką, jednak lepiej nie wnikać w szczegóły, skąd towar pochodzi. Do Ivana i jego historii jeszcze powrócę. Decydujemy się na pewien zakup imitujący markową odzież, z dość dużą dozą sceptycyzmu, co do ich prawdziwości. Sprzedawca pakuje nam towar w czarne, nieprzezroczyste worki foliowe. Kiedy mówię, że nie potrzebujemy tych worków, poniesiemy w rękach, sprzedawca oburzył się, tłumacząc angielsko-bułgarsko-polskim dialektem (bardzo popularny w tym rejonie), że nie mogę iść z tym towarem przez ulicę. Jak to nie mogę? Przecież on ma ten towar wystawiony w swoim kramie, wszyscy widzą, oglądają i kupują, a ja muszę go nieść w czarnej foliowej torbie? Później okazało się, że wszyscy pakują ten rodzaj towaru w takie torby. Oczywiście nie uzyskujemy odpowiedzi, poza jakimś tłumaczeniem, że inni nie mogą zobaczyć, co kupiliśmy. Mimo tego, że w kramie był terminal (atrapa?), nie mogliśmy zapłacić kartą, tylko gotówką. W ogóle jeśli chodzi o możliwość płacenia kartą w Sunny Beach, graniczy to z cudem. O bankomatach nie wspominając. Nie wiem, ilu turystów znajduje się w sezonie każdego dnia, ale chodząc po uliczkach, ma się wrażenie, że tłumy. Bankomatów jest kilka, tego samego banku, nam udało się namierzyć sześć. Poszukiwanie bankomatu, stanowiło jedną z atrakcji, nie tylko dla nas. Przeważnie bankomaty były albo nieczynne, albo nie było w nich pieniędzy. Zawsze były jakieś trudności z ich wypłaceniem. O ile bankomatów jest bardzo mało, tak kantorów nie brakuje. Podejrzewam, że na jednego turystę w Sunny Beach przypada jeden kantor. Rezydentka już na początku ostrzegała nas, iż trzeba być bardzo ostrożnym przy wymianie pieniędzy w kantorach, bowiem nie można liczyć na uczciwą wymianę. W Internecie znajdziemy bardzo dużo ostrzeżeń o nieuczciwych praktykach kantorów, które jak najbardziej działają legalnie. Tak samo legalnie działają sklepy z podróbkami. Z tą różnicą, że sklepów nie pilnują panowie przypominający Sylvestra Stallone w okresie swej rambowskiej świetności. Jeśli chcemy dochodzić sprawiedliwości, bowiem czujemy się oszukani, zmuszeni jesteśmy nawiązać komunikację z Panem Rambo, a jak sądzę, niewielu ma na to ochotę. Obecność tak wielu kantorów, chyba tłumaczy, dlaczego jest tak niewiele bankomatów. Na marginesie dodam, że w folderze biura podróży był zapis, iż istnieje rozbudowana sieć bankomatów. Aczkolwiek niedawno zmieniło się prawo odnośnie sprzedaży waluty, różnica w cenach sprzedaży i kupna nie może wynieść więcej niż 5%, a do tej pory wynosiła 20%. Jednak jak widać, wolny rynek w bułgarskim znaczeniu jest czymś innym, niż wedle standardów europejskich. Mam pewne wątpliwości, czy wedle standardów europejskich, tudzież unijnych, można swobodnie paradować po promenadzie z wężami, krokodylami i małpami. Oczywiście posiadaczami tych pupili nie byli turyści, lecz był to kolejny biznes. Można było zrobić sobie zdjęcie z tymi „zwierzątkami”. Zastanawiam się, w jaki sposób może taka forma biznesu legalnie funkcjonować. Pomijając Konwencję Waszyngtońską oraz Konwencję o Międzynarodowym Handlu Dzikimi Zwierzętami i Roślinami Gatunków Zagrożonych Wyginięciem, ciekawym jest, w jaki sposób te zwierzęta trafiły na promenadę w Sunny Beach. Żeby była jasność, policja jest na ulicach tego kurortu, ale nie wykazuje żadnego zainteresowania ani podróbkami ani egzotycznymi zwierzętami. Wydaje się, że policja pilnuje, i to z dużym skutkiem, aby nie było żebractwa na ulicach. Spotkaliśmy raz dwójkę dzieci, zbierających pieniądze wśród turystów. Ciekawe, czy prawo bułgarskie chroni te dzieci przed wyzyskiem, czy też „dobre” imię kurortu przed turystami.

Oczywiście jeśli mowa o kurorcie, nie można zapominać, iż przeważnie w takich miejscach jest też przestrzeń na wolną miłość. Wieczorem Sunny Beach przypomina dzielnicę „czerwonych latarni”, z tymże to nie jest dzielnica, lecz trzy czwarte kurortu. Zastanawiam się, jak mogą czuć się niektórzy turyści, którzy wykupili sobie wczasy w hotelu, w którym na dole obok całodobowego supermarketu, znajduje się niemalże całodobowy klub typu go-go. To są dopiero wczasy all inclusive. Bułgarzy potrafią w znakomity sposób zagospodarować przestrzeń. Można odnieść wrażenie, że ktoś kupił kawałek ziemi i wybudował hotel, za chwilę z drugiej strony, inny inwestor zrobił to samo. Nie byłoby to dziwne, gdyby nie fakt, że w wielu przypadkach nie ma przejścia, nie ma ciągłości systemu komunikacyjnego. Poza tym, że krajobraz jest eklektyczny, nie ma żadnego zagospodarowania przestrzennego. Ani zagospodarowania ani przestrzeni – tak chyba powinno brzmieć to zdanie. Skoro nie ma przestrzeni i ani jej zagospodarowania, nie ma co się dziwić, że ulice nie mają nazw, aby odnaleźć swój hotel, trzeba kierować się nazwami innych hoteli, gdyż można łatwo zabłądzić w tym labiryncie (sami taksówkarze mają z tym problemy). Ponadto, trudno znaleźć jakąkolwiek mapę, w jaki sposób poruszać się po Sunny Beach. Wiem, że teraz przesadzam, iż powinna być mapa kurortu, ale w kurortach włoskich takowe są, jest to duże ułatwienie, dla tych którzy właśnie przybyli i chcieliby się zapoznać z okolicą. Oczywiście o jakiś tabliczkach wskazujących, którędy na promenadę czy na plażę, można również zapomnieć. Myślę, że brak opracowanej mapy, wynika z faktu, że żaden kartograf nie byłby w stanie jej opracować.

Kolejnym fascynującym aspektem pobytu w Sunny Beach była kwestia porozumiewania się. Przyznam szczerze, że dzięki podobieństwu, do pewnego stopnia rzecz jasna, naszych języków, nie było aż tak ciężko. Ciekawym jest, że kelnerki, barmani, kelnerzy i w ogóle wszelcy pracownicy sektora turystycznego nie potrafią mówić po angielsku ani po niemiecku. Znają podstawowe sformułowania. Nie mają problemu ze zrozumieniem, jeśli ktoś zamówi coca-colę, nawet z lodem, ale jeśli klient jest bardziej wymagający zaczynają się problemy. Wtedy najczęściej unikają klienta. A klientów mają z całego świata. Największa oferta skierowana jest do przybyszów z krajów nordyckich, są knajpy które mają menu w języku fińskim, duńskim, norweskim, szwedzkim czy holenderskim. Oczywiście dużo jest też ofert po hebrajsku. Można również znaleźć knajpy typowo narodowe np. niemiecką, w której kelnerzy chodzą w a la bawarskich strojach, oferowane są różne rodzaje niemieckiego piwa i oczywiście Bratwurst, a w tle, ku mojemu zdziwieniu słychać niemieckie disco-polo (chociaż do tych strojów odpowiedniejsze byłoby jodłowanie).

O ile Sunny Beach jest sztucznym, w niektórych miejscach tandetnym wytworem naszej cywilizacji, nastawionym jedynie na konsumpcję (w tym konsumowanie czasu wolnego), tak niedaleki Nessebar, nazywany również „perłą Bułgarii”, jest godny polecenia (wręcz dodałabym napis: „koniecznie trzeba zobaczyć!”). Jest to najstarsze osiedle europejskie, które z racji swego wieku i uroku, trafiło na światową listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Niestety, ponownie urok miasta psują stragany (ustawione „jak popadnie”) z klasycznymi wyrobami chińskimi. Mimo tych niedogodności, miasteczko jest urokliwe, restauracje prowadzone są w większości przez rodzinny, więc nastawienie wobec klienta, jest bardziej przyjazne niż w Sunny Beach. W tym miejscu polecam „George’s Grill”, świetne jedzenie i doskonała obsługa, której największym atutem był Michael, jak sam się określił „pół-Brytyjczyk, pół-Bułgar”, ale z całą pewnością akcent i swobodę wypowiedzi po angielsku znajdowała się w tej pierwszej jego połowie. Mimo faktu, że Nessebar stanowi światowe dziedzictwo i jest „perłą Bułgarii”, brakuje opisów zabytkowych ruin cerkwi. Owszem są, lecz bardzo lakoniczne i niewiele z nich wynika. Ponownie, nikt nie zadbał o jakiekolwiek tabliczki kierujące turystów do najważniejszych miejsc, a już o mapie, czy jakiś centrum informacji nie wspominając. A szkoda. Mimo tych współczesnych uchybień, urok miasta i kontrast z Sunny Beach nas oczarował. Do takiego stopnia, że nie ograniczyliśmy do jednej wycieczki. Dzięki wycieczkom do Nessebaru nawiązaliśmy znajomość z taksówkarzem Ivanem, który w odróżnieniu od większej części „pracowników” sektora turystycznego mówił relatywnie biegle po angielsku. Ivan, jak na przedsiębiorcę przystało, „złapał” nas klientów na przystanku autobusowym. Zgodziliśmy się jego usługi z dwóch powodów, autobusy do Nessebaru były zatłoczone (na zewnątrz temperatura powyżej trzydziestu stopni Celsjusza) oraz proponowana przez niego cena. Okazuje się, że taksówki w Sunny Beach i okolicach funkcjonują również w niejasny sposób. Niektóre jeżdżą jako oficjalne taksówki, inne, tak jak Ivana mniej oficjalnie. Sprawa wygląda następująco umawiasz się na stawkę i taksówkarz nie włącza licznika. Ale tu trzeba uważać, to znaczy nie klient, ale taksówkarz. Ivan mówi do nas, że możemy mieć kontrolę, a on nie ma włączonego licznika, i gdyby zatrzymali nas policjanci, mamy mówić, że jesteśmy jego rodziną. Kiedy usłyszeliśmy policjanci, pytamy czy mamy zapiąć pasy i odruchowo, tak czynimy. Ivan nas uspakaja, że pasów nie sprawdzają. Mamy okazję wysłuchać o życiu w Bułgarii, zresztą sami o to pytamy. Ivan mówi, że jest ciężko, że Unia nic nie zmieniła, że ciągle rządzą komuniści. Myślę sobie, że w naszym kraju też niektórzy uważają, że w Polsce wciąż jest komuna. Podejrzewam jednak, że słowa Ivana są prawdziwe, bowiem jak to jest możliwe, że w kraju, który od pięciu lat jest członkiem Unii Europejskiej czuję się jak filmie Barei. Elity polityczne Bułgarii w prostej linii wywodzą się od komunistów, partia rządząca również, premierem jest były ochroniarz Żwikowa –Bojko Borisow. Widać wyraźny sentyment do polityki prorosyjskiej, czego rząd w Sofii nie stara się ukryć na forum UE. Bułgaria mimo, że należy do Unii, dalece jej do standardów europejskich, a wizerunek tego kraju w Unii jest obecnie gorszy niż przed przyjęciem do Wspólnoty. Z całą pewnością nie potrafią wykorzystać swej obecności w Unii, świadczyć o tym może niewłaściwe wykorzystywanie funduszy unijnych. Powrócę do rozmowy z Ivanem, który mówi, że dzięki wejściu do UE, wielu młodych ludzi mogło wyjechać do Wielkiej Brytanii czy innych krajów, bo tutaj nie ma perspektyw. Jego syn obecnie studiuje i pracuje w Stanach Zjednoczonych. Pytam go, kto buduje te hotele w Słonecznym Brzegu, Bułgarzy czy zachodni inwestorzy? „Komuniści” – odpowiada Ivan. I pewnie się nie myli, bowiem Adam Burakowski w swoim artykule pisze, że „panujące obecnie stosunki ekonomiczne w Bułgarii faworyzują więc ludzi starego systemu (oraz ich potomkóww), co sprawia, że postkomunizm okazał się po prostu bardziej skutecznym sposobem zaspokajania ich potrzeb (…)„Dolce vita” postkomunistycznych elit trwa już trzecią dekadę, podczas gdy dola zwykłych obywateli zaczęła się poprawiać dopiero po kilkunastu latach; obecny kryzys ekonomiczny dotknął zresztą w największym stopniu właśnie ich” (źródło: http://ssh.apsl.edu.pl/baza/wydawn/ssh017/burakowski.pdf). Co ciekawe, podatek dochodowy od osób fizycznych w Bułgarii jest najniższy w Europie i wynosi 10%, a zatem prawdopodobnie ma na celu „ochronę” interesów elit, bowiem przeciętne zarobki są bardzo niskie (dane z eurodesk.pl). Pytamy Ivana o średnie zarobki Bułgarów (wcześniej z mężem zastanawialiśmy się, jakie są to kwoty i podejrzewaliśmy, że średnia krajowa oscyluje w granicach 2000 pln) . Macha niechętnie ręką. Mówi, że około 350-500 lewa (czyli około 700-1000 pln), a najniższa pensja wynosi w granicach 250 lewa (około 500 zł). Według danych z 2011 roku średnia pensja wynosi 310 euro, a minimalna 122 euro. Ivan najbardziej był oburzony kwestią emerytur, tłumaczył nam, że otrzymują zaledwie od 120-200 lewa (240-400 pln, polskie źródła z 2007 roku podają, że była to kwota 300 złotych).

O zarobkach i sytuacji ekonomicznej rozmawialiśmy w przededniu naszego wyjazdu. I wszystko zaczyna się powoli układać w logiczną całość. Skoro elity polityczne wywodzą się wprost z poprzedniego systemu, skoro są tak niskie zarobki, a większość młodych ludzi udała się na zachód, nie dziwi zatem dlaczego działalność sektora turystyczno-rozrywkowego w Słonecznym Brzegu, daleka jest od standardów zachodnich. Korupcja w Bułgarii dotyka wszystkie sektory, łącznie z celnikami. Państwo to jest także mistrzem w malwersacjach finansowych (i nie chodzi tu jedynie o wspomniane kantory). Nie dziwi zatem cała gama podrobionych towarów, dziwnych zwierząt na ulicach, oszustw w kantorach, bowiem wszyscy przymykają na to oczy. Nie dziwi też bylejakość i marazm. Być może nie można wysuwać wniosków na temat jednego kraju, będąc jedynie w kurorcie, ale to właśnie kurort – Słoneczny Brzeg – powinien przykrywać wszelkie mankamenty, a nie je odkrywać. Nie jestem chyba jedyną osobą, która po powrocie z wakacji z Bułgarii ma o tym kraju negatywne zdanie, zwłaszcza jeśli można porównać z innymi państwami. Po powrocie przeczytałam wiele artykułów, które potwierdzają również i moje spostrzeżenia. Oczywiście, jeśli ktoś jedzie w tamte okolice, aby poleżeć na plaży, napić się piwa, i zabawić się w dyskotece, wydaje się – dobrym rozwiązaniem. Z całą pewnością jest taniej niż w zachodnich kurortach, co również powoduje, że Bułgaria odbiera do pewnego stopnia turystów takim krajom jak Grecja, Hiszpania i Włochy, które obecnie mają bardzo poważane problemy gospodarcze. Zastanawiam się jednak, jak wiele osób i jak długo jest w stanie godzić się na niską cenę, za byle jaką jakość.

Kiedy wróciliśmy do domu nie byliśmy zadowoleni z oferty, jaką wybraliśmy. Jednak po przeczytaniu opinii turystów na różnych forach internetowych odnośnie hoteli i obsługi w Słonecznym Brzegu, uznaliśmy, że i tak byliśmy szczęściarzami. W naszym hotelu przynajmniej była klimatyzacja, w miarę smaczne jedzenie oraz sprzątano nam pokój. Na szczęście, jak inni turyści nie znaleźliśmy szczurów w hotelu, ludzkich fekaliów w basenie, nie doświadczyliśmy wymuszania pieniędzy za zmianę ręcznika, ani braku jedzenia w ramach usługi all inclusive, a obsługa naszego hotelu nie traktowała gości jak intruzów.

Gdybym miała ponownie wybierać, na pewno nie pojechałabym do Sunny Beach. Jako, że wraz z mężem zakochaliśmy się w Nessebarze, postanowiliśmy odwiedzić to miejsce za rok, pomijając biura podróży, bowiem z naszych wyliczeń wyszło, że wraz z przelotem tanimi liniami i noclegiem w pensjonacie, zapłacimy o połowę mniej niż z biurem podróży. Jednak już tam nie wrócimy. A na pewno nie polecimy. Chyba, że na trzydziestą rocznicę ślubu, jeśli do tego czasu nastąpią jakieś zmiany. A zwłaszcza na lotnisku. Odprawa na lotnisku w Burgas była swoistą farsą, przeczącą jakimkolwiek standardom bezpieczeństwa. Pomijając fakt, że lotnisko jest nieprzystosowane do obsługi tak dużej liczby pasażerów, dotyczy to zwłaszcza okresu letniego, tak warunki bezpieczeństwa powinny stanowić priorytet, szczególnie, że miesiąc temu dokonano tam aktu terrorystycznego. Wprawdzie przy wjeździe na parking stała kontrola sprawdzająca, czy pod pojazdem nie ma bomby, ale jakość sprawdzania, budziła wątpliwości. Przykładowo nasz autobus nie został sprawdzony, no ale cóż, prawdopodobnie po znajomości, to nie sprawdzają. Z kolei samo przejście przez kontrolę, było prawdziwym cyrkiem. Kontrolerzy gubili się w bagażach, jeden z celników podniósł do góry jeden z plecaków i krzyczał „who?!” a potem już po bułgarsku, co brzmiało jak „czyje to?”. Poza nastrojem chaosu, można było odnieść wrażenie, że kontrolerzy świetnie się bawią, panował nastrój rozluzienia. Wystarczy porównać procedury na lotniskach brytyjskich, niemieckich czy polskich, gdzie słowo nastrój zupełnie nie pasuje. Mój mąż w tym chaosie zapomniał zdjąć paska z metalową klamrą, a bramka do wykrywania metalu, w tym chaosie zapomniała go wykryć (klamrę, nie męża)! Ja z kolei, zostałam sprawdzona przez kontrolerkę, która w trakcie „obmacywania” mnie prowadziła konwersację z kolegą. Być może pracownicy obsługi lotniska są znacznie lepiej wyszkoleni niż w innych miejscach Europy, i nie potrzebują specjalistycznego sprzętu. Przy odprawie na lotnisku w Poznaniu szczegółowo sprawdzono nam dowody osobiste (w jedną i drugą stronę), za pomocą skanera. Podobnie jest na lotniskach brytyjskich, gdzie odprawa paszportowa trwa dość długo, z powodu skrupulatności, tamtejszych pracowników. W Bułgarii, z kolei, dowód jest podniesiony do góry, a kontrola sprawdza, czy pewne znaki się mienią. Jak się mienią, to można przepuścić. Trwa to około sekundy.

To, co mnie najbardziej zabolało, to uszkodzenie zabawki dla córki mojego męża. Kupiliśmy elektronicznego osiołka, którego w naszym odczuciu należało wyłożyć na tackę, bo w końcu należał do elektronicznych narzędzi. Kiedy osiołek wyjechał na tacy, jeden z celników, chwycił osiołka za głowę i zaczął nim wymachiwać w kierunku swoich kolegów, głośno się z niego śmiejąc. W konsekwencji wyrwał osiołkowi głowę. Oczywiście nie mam już żalu za osiołka, cieszę się, że bezpiecznie opuściłam ten kraj. Kiedy wysiadłam na lotnisku w Poznaniu, poczułam się bezpiecznie. I to jest taki moment, w którym chce się powiedzieć: Dziękuję Tobie Polsko, że nie straciłaś ani chwili odkąd skończył się komunizm, i że zdajesz egzamin z europejskości.

Sunny Beach
Sunny Beach
Czytaj również